O MNIE

Dodano: 10-04-2016

Trudny poród u kosztaniczki


Ciąża u koszatniczek nie zawsze przebiega pomyślnie. Właściciele powinni być czujni zarówno w trakcie jaj trwania jak i podczas porodu. Jako przykład kosiakowej mamy, która swoją trzecią ciążę prawie przypłaciła życiem posłuży nam Stefania.

Stefania ma dwa lata. Trafiła do nas w trybie pilnym, ponieważ po urodzeniu dwóch maluszków nie mogła poradzić sobie z trzecim. Trwało to od kilku godzin, dlatego właściciele wsiedli w samochód i przyjechali do nas.

Sytuacja rzeczywiście wyglądała poważnie. Kosiakowa mama była ogromnie słaba i zmęczona. Maluszek tkwił zaklinowany w drogach rodnych. Niestety już nie żył.

Zdj.1 - Samiczka i jej zaklinowany maluch - zdjęcie zrobione przed przystąpieniem do zabiegu.

Po podpisaniu zgody na znieczulenie zabrałam mamę wraz z urodzonymi dziećmi na chirurgię. Maluchy trafiły do cieplarki, a ich mama na stół operacyjny. Została znieczulona przy pomocy narkozy wziewnej, aby nie czuła bólu związanego z wyciąganiem z niej malucha. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ z powodu wady genetycznej głowa płodu była zbyt duża i nie mogła przejść przez kanał miednicy. Trzeba było przeprowadzić zabieg podzielenia martwego płodu na części, aby móc go bezpiecznie dla matki wyciągnąć na zewnątrz.

Po tych czynnościach lekarskich mama została wybudzona z narkozy. Chcieliśmy zrobić to jak najszybciej, ponieważ była tak słaba, że nawet w trakcie tego krótkiego znieczulenia miała problemy z oddychaniem. Równolegle z dalszymi czynnościami diagnostycznymi pracowaliśmy więc nad tym, aby maksymalnie wzmocnić organizm samicy.

Wykonaliśmy dalsze badania z których wyszło, że w brzuchy Stefanii są jeszcze dwa maluszki. Niestety obydwa martwe. Samiczka dostała oksytocynę, aby pobudzić skurcze macicy. Dzięki temu w drogach rodnych pojawił się kolejny maluch. Pomogłam jej go urodzić, ponieważ samiczka nie miała już siły przeć. Niestety mimo ponownego zastosowania oksytocyny ostatni maluch nie zamierzał opuścić brzucha. Nawet nie zbliżył się do kanału miednicy. Omacując brzuch czułam, że jest ogromy.

Stan młodej mamy był bardzo ciężki. Ledwo przeżyła krótkie znieczulenie, które przeszła w trakcie wyciągania z niej zaklinowanego płodu. Dlatego robiłam wszystko, aby pozostałe dwa urodziła naturalnie (to dawało jej dużo większe szanse na przeżycie tego porodu). Niestety na tym etapie wiedziałam już, że to nam się nie uda.

Kilka godzin kosia spędziła w szpitalu. Udało nam się lekami i kroplówkami poprawić nieco jej stan. Niestety nadal bardzo się bałam, że w jej przypadku ciężki zabieg, związany z otwarciem jamy brzusznej może być jej ostatnim. Skontaktowałam się telefonicznie z jej właścicielką i powiedziałam, że przystępuję do operacji. Nie było innego wyjścia.

Sytuacja była smutna. 2 żywe maluchy czekały na karmienie, ich mama walczyła o życie. Zaczęła się operacja. Narkoza wziewna jest najlepsza, niestety i ona nie daje gwarancji na sukces u zwierząt w ciężkim stanie. Liczył się czas. Po 15 minutach płód z macicy był już poza brzuchem mamy. Ogromy. Nigdy by go drogą naturalną nie była w stanie urodzić. Dobrze, że nie był pierwszy. Wtedy żaden maluch nie miałby szans na życie. Dzięki temu, że dwa pierwsze maluszki były naturalnej wielkości, zdążyły przyjść na świat zanim zaczęły się problemy przy próbach urodzenia kolejnego. Trzeci maluch, klinując się w drogach rodnych i zatrzymując poród doprowadził do uduszenia się kolejnych dzieci.

Kosiakowa mama była po operacji bardzo słaba. Zabrałam ją do domu, ponieważ wymagała intensywnego leczenia, a oczywiście jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, była sobota wieczór. Walczyła o życie przez kolejne 12 godzin. Dopiero po tym czasie mogła przestać być dogrzewana, zaczęła sama trzymać właściwą temperaturę ciała. Dostawała kroplówki, antybiotyk, leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Była dokarmiana, ponieważ początkowo nie miała nawet siły samodzielnie jeść. Udało się. W niedzielę rano dzielnie już stała na swoich łapkach a pod pokrojonym dzień wcześniej  brzuchem grzały się dwa maleństwa. Nie piszczały niespokojnie, nie biegały po klatce, boczki miały prawidłowo zaokrąglone – widać było, że mają się dobrze i są prawidłowo karmione. Dzielna mama!

Zdj.2 - mama (jeszcze bardzo słaba) i jej dwa żywe maluchy.

W poniedziałek kosiakowa mama wraz z dziećmi i dalszymi zaleceniami wróciła do swojego domu.

Zdj.3 - trzydniowe maluchy - jadą wraz z mamą do domu :)

Przyszła do nas na wizytę kontrolną po tygodniu. Wszystko było dobrze. Ściągnęliśmy szwy. Podziwialiśmy maluchy jak bardzo przez ten czas urosły.

Zdj.4 - te same maluchy po tygodniu :)

Zdj.5 - Buziaki dla dzielnej mamy

Histora z happy endem. Takie lubimy.

 

PAMIĘTAJMY:

- obserwujmy samicę nie tylko w czasie trwania ciąży, ale i porodu wraz z okresem poporodowym. Na każdym z tym etapów mogą pojawić się problemy.

- nie dopuszczajmy do zbyt częstych ciąż. Wyniszczają one samicę i mogą znacząco skrócić jej życie.

 

Autor: lek.wet.Lidia Lewandowska,

Specjalista Chorób Zwierząt Futerkowych

Przychodnia weterynaryjna OAZA - Kraków,

Ul.Zamoyskiego 86, 30-523 Kraków

kontakt: lidialew@poczta.fm

 


Dodaj komentarz:


* - pola wymagane

Komentarze:

Joanna Ciesielska (fb)  10-04-2016

Plus dla właścicieli za reakcje, no i pozostaje mieć tylko nadzieję, że to była jej ostatnia ciąża ;) Tyle koszy do adopcji, a ludzie bawią się w rozmnażanie :(

lek.wet. Lidia Lewandowska  10-04-2016

Ostatnia. Usunęłam jej macicę. W jej przypadku kolejna zakończyłaby się śmiercią. Nie można było ryzykować.

Natalia  12-04-2016

Dokładnie. Nie wiem czemu ci ludzie rozmnożyli kosie, ale tego robić NIE WOLNO! I tak jest zdecydowanie zbyt dużo koszatniczek do adopcji przez złe określanie płci itp.