O MNIE

Dodano: 30-03-2014

Domowy zwierzyniec - suczka Fibi :)


24.03.14 odszedł od nas nasz piesek Lucky. Mimo że był już naprawdę bardzo, bardzo stary, to cały czas wydawało nam się, że będzie żył wiecznie...

Chodził po domu szczęśliwy, powłócząc swoimi słabymi nóżkami, z wiecznie uśmiechniętym pyszczkiem, merdając ogonkiem. Do końca radosny i pogodny. Niestety, każde życie kiedyś się kończy i tak też było z naszym Lucky'm. W momencie, gdy nie był już w stanie jeść ani pić, łapki nie miały siły stać a ogonek merdać - z wielkim bólem, ale zdecydowałam się na uśpienie naszego malucha. Odszedł w domu, spokojnie, tak jak żył.

Wypraliśmy kocyki, łóżeczko, pochowaliśmy smycze i inne akcesoria...

Pomyślałam – teraz odpocznę. Lucky był jak niemowlak. Pobudka każdej nocy 2-3 razy – bo chciało mu się siusiu. Gotowanie rosołków, mięsek – dogodzenie mu z czasem stawało się coraz trudniejsze. Coś co smakowało jednego dnia, drugiego było już niejadalne. Trzeba było szukać czegoś innego. Walka o każdy kęs – żeby tylko coś zjadł. Spacerki stawały się coraz krótsze – bo sił ubywało. Przez ostatni miesiąc trzeba było już wynosić go na rękach – bo łapki plątały się na schodach, coraz trudniej było utrzymać równowagę. Nigdy nie było wiadomo kiedy Lucky zrobi w domu siusiu, kupkę lub zwymiotuje – mycie po nim podłóg i dywanów stało się moją codziennością. Lucky tylko przepraszał spojrzeniem – jakby chciał powiedzieć że mu przykro, że znów nabrudził. Nikt się na niego nie gniewał – to nie była jego wina – po prostu był chory. Wszystko to jednak powodowało, że ciągle o nim myśleliśmy – jak się danego dnia czuje, jak mu pomóc, czym go nakarmić. Ponieważ od dnia adopcji siusiał co 3 godziny, stworzyliśmy specjalny grafik organizujący życie rodzinne tak, aby co 3 godziny ktoś był w domu i wyprowadził go na spacer.

Pomyślałam więc – teraz odpocznę. Przez pierwsze dwa dni cały czas odruchowo chciałam wyprowadzać go na siusiu i łapałam się na planowaniu czym mu dogodzić, aby miał ochotę to zjeść. Budziłam się w nocy, aby go wyprowadzić. Z jednej strony czułam ulgę że nie muszę już tego robić, a z drugiej brak, wielki brak.

Mówiąc cały czas „przez najbliższe pół roku nie bierzemy psa" zaczęłam przeglądać ogłoszenia. Przez kolejne 4 dni walczyłam ze sobą. Bez psa życie jest łatwiejsze – można wszędzie wyjechać, wyjść gdzieś na cały dzień ... powtarzałam to sobie w kółko, równocześnie przeszukując internet. Zawsze lubiłam duże psy obronne. Pomyślałam więc, że jeśli mamy mieć kolejnego psa to kupimy rasowego szczeniaka. Ułożymy go od podstaw. Będzie idealny...

Zwieńczeniem tych wszystkich planów był wyjazd do schroniska. Wiedziałam że najprawdopodobniej:

1 – wrócimy stamtąd z psem

2 – nie będzie to rasowy szczeniak rasy obronnej,

a jednak – coś mnie tam ciągnęło. Nie jest wcale łatwo brać psa ze schroniska – zwłaszcza jak ma się dom pełen innych zwierząt i dzieci. Psy przebywające tam są często po przejściach, nie znamy ich historii, nie wiemy jakie są. Mimo wszystko podjęliśmy ponownie to ryzyko.

Wróciła z nami Fibi.

Fibi była jednym z niewielu psów, które w swoim boksie zachowywały się niezwykle stabilnie. Nie szczekała na nas, nie okazywała strachu. Po wyprowadzeniu zza krat na widok schroniskowego kota zamerdała ogonem. Była radośnie podekscytowana. Fibi znaleziona została na ulicy, ma 3 może 4 lata. W schronisku przebywała od 3 miesięcy. Postanowiliśmy zabrać ją do domu.

Fibi w schronisku. Zainteresowała się naszą obecnością. Po chwili podeszła i polizała mi rękę przez kraty

Na dobry początek poszliśmy na dwugodzinny spacer. Chodziło o to, aby zdążyła się odstresować i nieco zmęczyć zanim pokażemy jej mieszkanie i jego domowników.

Pierwszy wspólny spacer i od razu liczne buziaczki :)

Na spacerze okazało się, że panicznie boi się mknących ulicą samochodów. Zaczęliśmy już nad tym pracować. Szybko okazało się również, że ma chorobę lokomocyjną. „Całe 7 dni tego nie robiłam" – pomyślałam z uśmiechem myjąc po niej samochód. Przy Lucky'm takie sprzątanie wpisane było w moją codzienność.

Koty od razu się zorientowały, że ten pies to nie jest ten który był. Gryźka fachowo zrobiła koci grzbiet i fuknęła groźnie, Catcher wylądował na parapecie, aby z bezpiecznej wysokości ocenić sytuację. Fibi zamerdała do nich radośnie ogonem. Całe szczęście łatwo udało mi się nawiązać kontakt z suczką i mogę wpływać na jej zachowanie. Gdy jej ekscytacja na widok innych zwierząt robi się zbyt duża, można ją łatwo stonować. Pierwszego dnia Fibi poznała koty, drugiego świnki morskie. Ładnie je obwąchała i zrozumiała co wolno a czego nie wolno z nimi robić. Dopuszczalne jest wyciąganie się w ich kierunku na podłodze, merdanie ogonem i zapraszające popiskiwanie, ale gonienie ich nie jest już mile widziane. Ponieważ bardzo chce mieć z nami dobre relacje przestrzega zasad. Myszoskoczki były jeszcze bardziej ekscytujące, ale i tu udało się ustalić reguły wzajemnych kontaktów.

Koty już drugiego dnia uznały, że monster pies jest pod kontrolą i wróciły na poziom podłogi – co cieszy, bo różnie z tym w życiu bywa.

Trzeciego dnia pojechaliśmy do rodziny poznać innego psa. Sissie jest owczarkiem niemieckim (to jej zdjęcie wisi w poczekalni OAZY) i nie jest suczką, która przepada za innymi sukami, zwłaszcza na swoim terenie. I tym razem uciekliśmy się więc do długiego męczącego spaceru, z dodatkowym treningiem posłuszeństwa w trakcie. Na samym początku dziewczyny skoczyły z warkotem do siebie. Oddałam więc Fibi do prowadzenia synkowi a sama wzięłam na smycz Sissie. Gdy już oswoiły się ze sobą wizualnie wzięłam obie równocześnie – na początku prowadząc jedną z lewej a drugą z prawej mojej strony. Widać było że są spięte i tylko z szacunku do mnie nie skaczą na siebie, tak jakby chciały powiedzieć – „nie lubię jej, ale skoro sobie tego życzysz to będę ją przez chwilę tolerować". Gdy już zmęczyły się nieco marszem przeszliśmy do kolejnego etapu – poprosiłam dziewczyny aby obydwie szły po mojej lewej stronie. Sissie raz zmarszczyła nos, ale posłuchała gdy kazałam jej przestać.

Po jakimś czasie zaakceptowały ten wspólny marsz i z każdym kilometrem wyglądały na coraz bardziej zadowolone. Pod koniec spaceru stanowiły już zgrany duet.

Wróciliśmy do królestwa Sissie razem. Pozwoliła Fibi wejść do mieszkania, a nawet usiąść na swoim posłaniu. Oczywiście będziemy musieli jeszcze to ćwiczenie powtarzać, aby mieć pewność że Sissie w pełni zaakceptowała Fibi, ale początki są bardzo obiecujące.

Psy bardzo potrzebują kontaktu z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Warto więc dbać o to, aby miały swoich czworonożnych kumpli. Z czasem poszukamy Fibi kolejnych psich znajomych.

Cieszymy się, że Fibi jest z nami i mamy nadzieję, że będzie szczęśliwa w naszym zwariowanym domu. Co jeszcze w sobie kryje ... nikt tego nie wie, ale mamy wiele lat przed sobą, aby to odkrywać.

PS:

Ale jak to znowu adoptujemy psa???????!!!!!!!!!!!!!!!! - miaułknęła ze zdziwieniem Gryzelda ... :)

 

Autor: lek.wet.Lidia Lewandowska,

Specjalista Chorób Zwierząt Futerkowych

Przychodnia weterynaryjna OAZA - Kraków,

Ul.Zamoyskiego 86, 30-523 Kraków

kontakt: lidialew@poczta.fm

 


Dodaj komentarz:


* - pola wymagane

Komentarze:

Lusi276  30-07-2016

Wspaniała, bardzo wzruszająca historia. Pani doktor ma złote serce!